Ania Warzecha

DIY blog

Kategoria: nontech

RTFM

Wydawałoby się, że jak ktoś potrafi coś sobie sam uszyć to z pewnością posiadł wiedzę tajemną na temat krojenia ubrań, tkanin, naprawy odzieży, czy chociażby tego jaki wykrój pachy wygląda dobrze do danego typu sukienki i jak do niego zrobić podkrój pachy. Rzeczywistość jest jednak zupełnie inna. Ze wszystkich rzeczy, które uszyłam w ciągu ostatnich 15 lat (nie było ich tak znowu wiele) została tylko jedna – źle wykrojona, z nieodpowiedniej tkaniny, ale przynajmniej ładnie obszyta 😉

image

Przy jakiejś tam wprawności mniej więcej wiadomo jak zszyć dwa kawałki materiału, żeby nie wyglądały jak wyciągnięte psu z gardła, ale nadal spódnica, która z zewnątrz wygląda super, od środka bardziej jak po spotkaniu z chomikiem sąsiadki. Dużo trudniej jest określić jaki rodzaj materiału jest potrzebny na uszycie sztywnej spódnicy z kontrafałdami, jaki na sukienkę na lato (i, żeby się ta nieszczęsna podszewka nie przyklejała do ciała i nie darła). Jakim ściegiem powinno się szyć tkaninę X w miejscu Y. Obszywać czy nie? Dodawać podszewkę czy tylko podszyć lamówką? Wszywanie suwaka to jest zawsze trochę loteria. Będzie to wyglądało po ludzku? A może raczej doprowadzenie brzegów do normalnego stanu będzie wysiłkiem porównywalnym do pływania w rzece Ankh? Czy sukienka po pierwszym upraniu nie skurczy się ani nie podrze (been there done both)?

I oczywiście nie jest tak, że tego wszystkiego nie da się nauczyć poprzez praktykę – nasze babcie na pewno nie miały dostępu do tylu materiałów na temat szycia co my teraz. Wszystkie nieudane produkcje odzieżowe oczywiście czegoś mnie nauczyły. Nie wszystko też da się przeczytać w poradnikach, podręcznikach i instrukcjach do wykrojów – trzeba po prostu zrobić kilka podejść, wiele rzeczy wychodzi w praktyce. Ale, trochę tak jak w programowaniu, musiałam się te kilka ładnych razy nieprzyjemnie przekonać, że warto zainwestować czas na dokształcenie przed rozpoczęciem pracy nad konkretną rzeczą. Mam wrażenie, że niektórzy po prostu to robią bo tak nakazano, a inni, cóż, muszą do tego dojrzeć we własnym tempie.

The time is now. Jako dorosła, odpowiedzialna i rozważna (hohooo!) domowa krawcowa mogę radośnie wyrzucić wszystkie źle zaczęte sukienki i zacząć od początku, tak, żeby wstydu przed babcią nie było.

23/06/2014

Podobno już pisałam, że jedyną stałą w moim życiu jest zmienność. Ale ponieważ drugą stałą jest brak wspomnień to mogę spokojnie napisać to jeszcze raz.

W ciągu ostatnich miesięcy najbardziej zrewolucjonizowały i zmieniły mi codzienność dwie rzeczy: rower i parowar. Zbieżność nazw przypadkowa.

Parowar wziął się od dermatologa, który na początku roku nakazał wyeliminować: surowe, smażone, pieczone, sól, cukier, słodycze, krowie mleko i pochodne oraz produkty z pszenicy. I tak się zaczęła przygoda z parowarem, skórze pomogło, pomogło też kilku innym drobnym dolegliwościom. Ja wreszcie nie muszę kombinować ze zdrowy jedzeniem, codziennie mam swoją porcję, która nie jest za mała ani za duża. Czasem jem dziwne dla innych połączenia jak: gotowany bób i jajko na twardo, albo klasycznie warzywa z kaszą. Przebieram w mrożonych mieszankach warzywnych i zawsze mam żelazny zapas. Okazało się przy okazji, że bez serów żołtych i mascarpone da się żyć, a mleko ryżowe spokojnie zastępuje krowie w porannej kawie.

Rower właściwie nie jest nowym dzieckiem w rodzinie, zawsze miałam rower, zawsze lubiłam jeździć, ale w którymś momencie jakoś ten mój górski przestał znajdywać miejsce w mojej rzeczywistości. Sprzedałam jesienią ukochany górski, a wczesną wiosną, kiedy jeszcze się sezon nie miał nawet zamiaru zacząć kupiłam miejski. Taką zwykłą kozę, co to nikt na niej nawet oka nie zawiesi i zaczęło się szaleństwo. Rower w pociąg i do Krakowa. Rowerem do pracy czy +5 czy + 30. Dwa tygodnie bez roweru były męczarnią. Ja nawet śpię z rowerem, a konkretniej rower stoi w pokoju gdzie śpię. Koszyk przy rowerze musi mieć osłonkę i kwiatki. Jak tak można bez kwiatków.
Moja koza trzęsie i telepie, przerzutki się zacinają, koło się odkręca, ale mnie to nie przeszkadza. Nie boję się go też zostawić gdzieś w środku miasta, bo raczej żaden złodziej się nie zainteresuje. Tylko starsze panie się zachwycają nad koszykiem, a taksówkarze radośnie pozdrawiają kiedy naginam koło nich po ulicy. Mnóstwo radość. Mnóstwo szczęście.
Love my bike.

Muszę gdzieś zapisywać te wszystkie nieważne dla innych rzeczy, bo zapomnę kim kiedyś byłam. Mam nadzieję, że się do tego uśmiechnę za rok albo dziesięć 😉

Nie mogę pisać ponieważ gotuję

Tutaj już nie piszę od dawna więc tylko powiem, że mam nowego blogaska, którego tworzymy razem z patrysem. Gotujemy razem, jemy razem, a ponieważ wszyscy przecież koniecznie muszą zobaczyć co dobrego zjedliśmy to i zdjęcia robimy. Przedstawiam wam:

pat i kot

Wiosna (ludów?)

Zdaje się, że to normalna kolej rzeczy, że blog powoli umiera. Niby mam jakieś pomysły na ewentualne wskrzeszenie, ale za każdym razem zdaje mi się, że to co mogłoby tutaj ewentualnie trafić nijak nie współgra z tym co było tu wcześniej. Jednocześnie nie chcę niszczyć tego bloga, bo jakkolwiek bywał głupi, to jednak na jakimś etapie mojego życia był potrzebny i stanowił ważny jego element.

Życie się kręci, nie mogę usiedzieć w miejscu. Chodzę na salsę, gdzieś mimochodem minęły 3 miesiące zajęć i nawet zaczęłam wierzyć, że nie jestem tylko drewnianą kukłą i, że da się z tego drewna coś wykrzesać.
Studenci w windzie przepraszają mnie za głośną muzykę – czuję się staro. W knajpie proszą mnie o dowód – jestem w szoku, czuję się młodo.
Poszłam na prawo jazdy kat. A. Chcę ścigacza. To się źle skończy. Niech ktoś potem pierze regularnie moją białą kanapę 😉
Poleciałam z mamą i siostrami do Mediolanu, pierwszy tego rodzaju wypad gdziekolwiek. Moja mama doprowadza mnie na skraj irytacji, ale i tak jest 100 razy lepiej niż było kiedyś. Miałam plan, żeby pojechać z nią na wakacje, ale to się po prostu nie może udać 😛

Page 2 of 2

Powered by WordPress & Theme by Anders Norén

Zdjęcie w nagłówku wykonane przez Maję Miąsek 🖤